Grzegorz Ufniarz

mam coś do zrobienia

Myśl chodnik! Myśl!

Załączam bardzo ciekawą rozmowę z prof. Markiem Kozakiem na temat skutków wykorzystania funduszy unijnych.

„Nie powinniśmy remontować zabytkowego cmentarza?
– Remontujmy! Ale nie za unijne pieniądze! Polska po to je dostaje, żeby doganiać Zachód, a nie żeby się sztafirować.”

Co wymyśli chodnik, czyli polska atrapa rozwoju

...

Grzegorz Sroczyński 2015-05-30, ostatnia aktualizacja 2015-05-29 20:41:17

Za unijne pieniądze przestajemy doganiać Zachód. Z Markiem W. Kozakiem rozmawia Grzegorz Sroczyński

Marek W. Kozak – ur. w 1955 r., profesor w Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych Uniwersytetu Warszawskiego. Członek Komitetu Przestrzennego Zagospodarowania Kraju PAN.

GRZEGORZ SROCZYŃSKI: Jak wydajemy pieniądze z Unii?

MAREK W. KOZAK: Na wszystko, co da się zrobić z betonu – drogi, chodniki, budynki, remonty. 80 procent środków idzie na wielkie budowanie.

To źle?

– W ten sposób wydajemy pieniądze na wygodę i jakość życia. Jak bogacze. A miały iść na rozwój.

Przecież infrastruktura służy rozwojowi.

– Nie służy. Czy ta ściana za panem kształci kogoś? Chodnik coś wymyśla? Nie ma naukowych dowodów na wpływ infrastruktury na rozwój, są natomiast liczne przykłady, że można budować w nieskończoność bez efektów. W oficjalnych polskich dokumentach mówi się o „infrastrukturze służącej rozwojowi”, ale to zaklinanie rzeczywistości.

Lotnisko?

– W Łodzi, Bydgoszczy, Zielonej Górze upada, w Radomiu zbudowali, ale nawet nie ruszyło. Lotniska służą prestiżowi lokalnych władz, niczemu więcej. Z wyłączeniem pięciu największych.

No to pięć miało sens.

– One już były. Wystarczyło je unowocześnić, zamiast budować nowe. Każde lotnisko to gigantyczne pieniądze na utrzymanie pasa startowego, pensje obsługi, technikę.

Ściana nic nie robi, ale nową drogą firmy mogą przewieźć swoje produkty i się rozwijać.

– A do tej pory nie mogły?

Po dziurach.

– I co z tego? Budować infrastrukturę warto tam, gdzie jej brak stanowi barierę rozwoju, który już trwa. Autostrada Warszawa – Berlin ma sens, bo tam jest nasz rynek. Natomiast mania budowania fragmentów dróg w całej Polsce sensu nie ma. Służą one wygodzie obywateli, ale z rozwojem nie mają nic wspólnego.

Województwo warmińsko-mazurskie jest głównym pomysłodawcą budowy trasy S7 Katowice – Warszawa – Gdańsk przez Ostródę. Gdy tylko ta trasa powstanie, okaże się, że w tym samym czasie, w którym kiedyś jechało się z Warszawy do Ostródy, można dojechać nad morze. Kto się zatrzyma w Ostródzie?

Klasycznym przykładem tego nieporozumienia jest amerykańska próba reanimacji okręgu przemysłowego w Appalachach. W latach 30. zaczął podupadać, więc zbudowali autostrady. Uważali, że w górskich miejscowościach odciętych od świata pojawią się możliwości rozwoju. Skutki były niezwykle szybkie. Kto mógł, ten stamtąd wyjechał.

Kiedy powstaje autostrada, ludzie zaczynają jeździć za pracą coraz dalej, do domu wracają na weekendy, potem – tylko raz w miesiącu, aż w końcu decydują, że nie warto kursować, i wyprowadzają się z całą rodziną. Burmistrzowie biednych miast ze wschodniej Polski, którzy na międzynarodowych targach próbują zdobywać inwestorów, słyszą: „Nie inwestujemy, bo… tego… macie kiepskie drogi… ciężko dojechać”.

No właśnie.

– A co by pan powiedział sympatycznemu burmistrzowi z biednego kraju? „Jesteście za biedni, za głupi i nie macie specjalistów”? Mówi się coś, co nie rani.

Powstaje droga, ale inwestorzy nadal nie przyjeżdżają. I jest zdziwienie. Bo panuje pogląd, że jeśli do rżyska dociągnąć nowoczesną drogę, kanalizację i światłowód, zrobić specjalną strefę ekonomiczną, to pojawią się inwestycje i miejsca pracy. I że atutem takich miejsc jest tania siła robocza.

Nie?

– Wystarczy obejrzeć statystyki zagranicznych inwestycji bezpośrednich w Europie. Pieniądze wcale nie płyną tam, gdzie jest tania siła robocza, bo pracownicy niewiele umieją, trzeba ich przyuczać i kontrolować. Większość inwestycji trafia do Niemiec. Co z tego, że trzeba tam płacić robotnikowi pięć razy więcej niż u nas, jeśli produkuje osiem razy więcej rzeczy dobrej jakości.

U nas też są inwestycje.

– Głównie na zachodzie kraju i w wielkich miastach. Jeżeli gdzieś nie ma oznak rozwoju, to autostrada i lotnisko niczego nie zmienią.

Pakujemy prawie wszystkie pieniądze w ścieżki, dróżki, budynki, odnawianie ratusza pod hasłem „turystyka”, jakby turysta chciał wchodzić do ratusza, a potem mamy kłopoty po każdej unijnej perspektywie budżetowej.

Jakie kłopoty?

– Niech pan spojrzy na ten wykres, pokazuje wpływ unijnych środków na wzrost naszego PKB. To jest pierwsza perspektywa budżetowa, czyli lata 2004-06. Krzywa idzie w górę, inwestycje podkręcają gospodarkę, ale potem wszystko gwałtownie siada. Bo źródełko na rok wyschło. Sytuacja powtarza się przy budżecie w latach 2007-13. Huśtawka.

Jeśli prawie wszystko pakujemy w infrastrukturę, to potem musimy płacić za jej utrzymanie. Remontować drogi, ogrzewać te nowe budynki. Gdy strumień pieniędzy słabnie – a tak się dzieje między unijnymi budżetami – wpływ inwestycji na nasz PKB jest ujemny. Dopłacamy. Przychodzi nowa transza i znów zaczynamy budować jak szaleni.

Zamiast efektu kuli śniegowej fundujemy sobie efekt kuli u nogi.

Rządzący to wiedzą?

– Ten wykres pochodzi z najnowszej analizy zamówionej przez rząd.

Jest więcej niepokojących sygnałów. Z naszych ostatnich badań na UW wynika, że innowacyjność polskiej gospodarki po dekadzie w Unii zmalała, zamiast wzrosnąć. Trafiliśmy do grupy państw najmniej innowacyjnych razem z Rumunią i Bułgarią.

Przecież unowocześnienie gospodarki miało być jednym z głównych efektów naszego członkostwa.

– W 2005 roku działania innowacyjne podejmowało około 23 procent przedsiębiorstw, w roku 2012 – już poniżej 20 procent.

Co się dzieje?

– Polskim firmom opłaca się nie być innowacyjnymi. Łatwiej przyjąć zamówienie z Niemiec na produkcję jakiegoś podzespołu – to daje dobre pieniądze, nie trzeba tworzyć stałego miejsca pracy dla kogoś, kto coś nowego wymyśli i potem przetestuje. Inżynierowi trzeba porządnie zapłacić, raczej nie da się go trzymać na śmieciówce. Polska gospodarka dobrze się ma, bo niemiecka ma się dobrze i cały czas coś u nas zamawia. Ale to Niemcy wymyślają, projektują, często nawet nie zostaje ślad w postaci znaku „Made in Poland”.

Co to właściwie jest innowacyjność?

– Pomysł wprowadzony na rynek, czyli nie patent, nie genialny wynalazek, ale przekształcenie go w produkt.

W Polsce słowo „innowacyjność” kojarzy się głównie z naukowcem zamkniętym w laboratorium i ewentualnie z branżą high-tech. Tymczasem najwięcej innowacji pojawia się w tradycyjnych działach gospodarki, np. w przemyśle spożywczym.

Nakłady na innowacyjność w Polsce ciągle rosną. To już 20 miliardów złotych z Unii i budżetu.

Wydaliśmy całą pulę?

– Tak.

I innowacyjność spadła? To bez sensu.

– Bo wygrała mania budowania. Pieniądze poszły na budynki i ich wyposażenie, a nie na ludzi, którzy mogliby tworzyć innowacje.

W mieście na południu Polski po jednej stronie ulicy stoi gigantyczny uniwersytecki park technologiczny, a po drugiej – wielkie laboratorium politechniki. Dlaczego nie zbudowali tego wspólnie? Ochroniarz otwierał mi kolejne drzwi laboratorium, potem zamykał, nie było nikogo. Widziałem kilka podobnych miejsc. Budynki stały, wyposażenie było, tylko nikt w środku nie pracował.

Dlaczego ten pusty budynek się stawia?

– Pieniądze ktoś daje, więc uczelnia bierze. Pierwszy pomysł, jaki przychodzi rektorowi do głowy, to taki, żeby coś zbudować. Wszyscy są pełni dobrych chęci i uważają, że park technologiczny się uda, bo mamy przecież na miejscu fantastycznych ekspertów. Ale eksperci nie rzucają się na nowy sprzęt, często nawet nie wiedzą, jak go obsługiwać, i budynek stoi niewykorzystany. Supernowoczesne urządzenia po pięciu latach stają się przestarzałe, a budynek zgodnie z prawem można przeznaczyć na coś innego i nie zwracać dotacji.

Trzy lata temu NIK sprawdził, jak są wydawane środki europejskie na innowacje i jak działają parki technologiczne. Raport jest wstrząsający. Dwa parki działają świetnie, a poza tym powstają budynki. Pod pozorem innowacji zbudowano też kilka rektoratów.

Piętnujemy aquaparki w małych miastach, wyśmiewamy ambicje burmistrzów i wójtów, a tymczasem elity naukowe też mają swoje aquaparki. Tylko nikt się nie przyczepi, bo przecież laboratorium to nauka, rozwój i samo dobro. Teraz szkoły mają problemy, bo utrzymanie budynku kosztuje, zwłaszcza jeśli on nie zarabia. Ale jak ma zarobić? Tym, że stoi? Zamiast pakować pieniądze w wielkie laboratorium, lepiej przyjąć młodych naukowców, żeby za kilka lat stali się innowatorami.

Wydać na etaty? Przejeść?

– To jest to myślenie! Że jak się czegoś nie zbuduje, to pieniądz się zmarnuje.

Powinniśmy ściągać naukowców z Zachodu. Przecież nie mamy specjalistów od innowacji, dopiero musimy kształtować te zespoły. ZESPOŁY. Innowacje nie polegają na tym, że genialny naukowiec w samotności coś wymyśla. Warto sprowadzić znawcę jakiejś działki, wyposażyć laboratorium, niech robi u nas badania w powiązaniu z firmami konkretnej branży. Niech stworzy zespół w Polsce i kształci swoich doktorantów.

Zażąda kilku tysięcy euro miesięcznie pensji.

– Zapłaćmy. Będzie też potrzebował dziesięciu ludzi, płaćmy im tyle, żeby nie musieli się zajmować dorabianiem, dajmy im etaty.

Niestety, budowanie jest łatwiejsze. Żeby stworzyć zespół innowatorów, ściągnąć kogoś do Polski albo polskich naukowców wysłać na wartościowy staż do Niemiec czy USA, trzeba mieć dobry pomysł, nagimnastykować się, wybrać ludzi, nawiązać kontakty. Trudniej taki projekt rozliczyć, bo jest nietypowy. Budowa nowego gmachu to jednorazowy wydatek ogromnej kwoty, którą rozliczyć jest stosunkowo łatwo.

Wszystkie pieniądze na innowacje poszły do uczelni?

– Połowę środków dostały firmy.

Wydały mądrzej?

– Teoretycznie wydały na innowacje, tylko pytanie, co innowacją nazwiemy. Urzędnicy, którzy mieli oceniać, co podpada pod tę kategorię, prosili rząd o praktyczną definicję. I dostali: jeżeli jakiś produkt albo technologia nie występowały na danym obszarze przed dwoma laty, to znaczy, że są innowacyjne. W rozumieniu polskiego prawa innowacją stały się na przykład samochodowe myjnie bezdotykowe. Z pieniędzy na innowacje korzystają też podobno domy weselne. Kiedy widzę, że w kolejnych województwach żółte budki, z których odbiera się paczki, dostają kolejne miliony na innowacyjność, to mam wątpliwości co do sensowności wydatków.

Z badań zespołu prof. Agnieszki Olechnickiej wynika, że wielkość nakładów na tzw. innowacje nie ma żadnego wpływu na rozwój regionu. Klęska.

Co robić?

– Przestańmy głównie budować! Nakłady można zwiększać w nieskończoność, bo zawsze da się uzasadnić, że czegoś jeszcze brakuje. „Może się kiedyś przyda” – powiedział burmistrz Frampola o obwodnicy, która stoi pusta.

Poprawa jakości życia to chyba też jakaś wartość?

– Idzie pan po nowym chodniku i jest bezrobotny. Albo wegetuje na umowie śmieciowej za tysiąc złotych i ogląda autostradę. Dobre?

Przyjemniej mieć wyremontowany rynek, odmalowany ratusz i prosty chodnik.

– Na to kraj może sobie pozwolić, jak będzie bogaty. Czy infrastruktura tworzy stałe miejsca pracy i dochodu? Sama infrastruktura nie da nam rozwoju.

A co da?

– Ludzie i przedsiębiorczość. Nie beton, ale rzeczy miękkie: otwarte myślenie, szukanie szansy na rynku, kapitał społeczny, umiejętność zachowania się w różnych sytuacjach, inteligencja, wykształcenie, kwalifikacje, umiejętność współpracy, zaufanie do innych ludzi. Klasyczna triada, która decyduje dziś o rozwoju kraju, to tolerancja, talent, technologia.

Tolerancja?

– Oczywiście. Człowiek innowacyjny wymyśla rzeczy dziwne. Jeżeli działa w środowisku nietolerancyjnym, to natychmiast zostanie wyśmiany jako idiota, który nie wiadomo co robi. „Nie kombinuj, tylko śrubki przykręcaj”.

To znaczy, że unijne miliardy zamiast na drogi lepiej wydać na stypendia dla zdolnej młodzieży wiejskiej. Albo na zajęcia w gimnazjach uczące pracy zespołowej.

– Lepiej. Ale to powinno być działanie zintegrowane. Kształcimy innowacyjność, otwartość, a z drugiej strony tworzymy dla tych ludzi dobre miejsca pracy. Bo inaczej wyjadą.

Co to znaczy dobre miejsca pracy?

– Doświadczenia innych krajów z funduszami unijnymi pokazują, że pieniądze na innowacyjność powinny być wydawane w przedsiębiorstwach. I nie na budynki, ale na zatrudnianie ludzi do 30. roku życia. Firma na przykład ma stworzyć trzy pełnowartościowe miejsca pracy dla młodych inżynierów w dziedzinie, którą chce rozwijać. I na to dostaje pieniądze. Na ośrodek badawczo-rozwojowy, który będzie wymyślał nowe rozwiązania.

Tylko wtedy zamiast fikcji pustych budynków grozi nam fikcja ośrodków badawczo-rozwojowych, w których pracują szwagier i kolega szwagra.

– Wszędzie tam, gdzie wydawane są pieniądze publiczne, pojawiają różni dziwni ludzie. Dlatego trzeba wydawać inteligentnie.

Czyli jak?

– Dwa unijne kraje, którym udało się przeskoczyć z grona najbiedniejszych do najbogatszych, to Irlandia i Finlandia. Kiedy byłem w Irlandii w 1991 roku, na wszystkich knajpach i sklepach były napisy: „Nie przyjmujemy do pracy”, po miastach krążyły tabuny zdesperowanych bezrobotnych. Jak pojechałem tam pięć lat później, wszędzie wisiały kartki: „Szukamy pracowników”. To była błyskawiczna zmiana. Na samym początku podjęli decyzję, że będą wydawać maksymalnie 30 procent środków unijnych na infrastrukturę. Żadnych odstępstw.

Może mieli dobrą infrastrukturę?

– Fatalną. Przy ówczesnych irlandzkich drogach nasze peerelowskie to ho, ho. Większość środków inwestowali w przedsiębiorczość, miejsca pracy. Inwestowali w ludzi.

Ale co to znaczy konkretnie?

– W latach 90. prosiliśmy Irlandczyków o rady, jak Polska powinna wydawać unijne dotacje. Odpowiadali dziwnie: „Po pierwsze, musicie sobie stworzyć ostrzejsze zasady wydawania środków, niż wam dyktuje Unia”. „Jak to? Mamy sami sobie utrudniać?” – dopytywaliśmy. „Wyśrubujcie warunki dla tych, którym chcecie przyznawać dotacje. I nie dawajcie byle komu”. Rady wydawały się nieco ekscentryczne. Przecież jak są pieniądze, to kraj powinien wziąć, a nie stwarzać bariery.

Oni nie czekali na każdego inwestora, jaki się nawinie. Wytypowali kilkaset nowoczesnych firm, głównie w USA, ale też we Francji, Niemczech, Australii, i oferowali dopłaty do inwestycji, zwolnienia podatkowe, jednak przede wszystkim szkolenie pracowników w konkretnej technologii stosowanej przez firmę. Na każde euro z unijnych programów na szkolenia dokładali z własnego budżetu kilkanaście. Uważali, że to najważniejsza rzecz, aby ludzie umieli.

U nas też sporo poszło na szkolenia i bylejakie kursy angielskiego przez internet.

– A tam nie. Właśnie dlatego, że utrudnili sobie zasady wydawania środków i firmy z ofertą tanich szkoleń odpadały.

Pieniądze na infrastrukturę wydawali tylko w miejscach strategicznych. Port lotniczy. Jeden w Dublinie, a nie siedem. Modernizacja jednej ważnej dla gospodarki linii kolejowej. Jedna szosa łącząca Dublin z Belfastem. Całą resztę infrastruktury odłożyli na później, jak na nią sami zarobią.

I?

– Skoczyli z przedostatniego miejsca w Unii na drugie, jeśli chodzi o zamożność. Irlandzki PKB wzrósł z około 60 procent unijnej średniej do przeszło 120 procent. W kilkanaście lat. Nam po dekadzie w Unii to się nie udało.

My nawet dokładnie nie wiemy, co moglibyśmy zacząć robić lepiej. Polskie władze nie są zainteresowane taką wiedzą. Prawie nie badają, jaki jest efekt unijnych dotacji, gdzie wpływają one na rozwój, a gdzie inwestycje są chybione. Jeżeli w ogóle władza zleca jakieś badania, to w taki sposób, aby wyszło, że wszystko idzie fantastycznie. Rząd ogłosił niedawno przetarg na zbadanie wpływu środków europejskich na całą Polskę wschodnią. Brzmi ambitnie. Tylko że przeznaczono na to kwotę, za którą można najwyżej zadzwonić do wójtów i zapytać, czy jest dobrze, a oni powiedzą, że dobrze. Albo zrobić trochę ankiet wśród ludzi związanych z wydawaniem dotacji i też wyjdzie, że w zasadzie wszystko gra. Ale nie da się za małe pieniądze zbudować poważnego zespołu badaczy, którzy objadą cały wschód, zrobią ankiety we wszystkich powiatach i obfotografują inwestycje unijne, sprawdzą, jak one ze sobą współpracują, ile dają miejsc pracy i czy przynoszą korzyść rozwojową lokalnym społecznościom.

Ze środkami unijnymi powinno być tak, że jeden stawia fabrykę, drugi kształci ludzi, a trzeci inwestuje w laboratorium, które z tą fabryką współpracuje. Musi być koordynacja.

Nie ma?

– Próbę zbadania, jak to wygląda, podjęli Dominika Wójtowicz i Tomasz Kupiec w województwach łódzkim i lubelskim. Inwestorzy korzystający z dotacji nawet nie wiedzą, że ktoś robi obok coś podobnego. Politechnika nie wie, że nieopodal powstaje fabryka sprzętu przeciwpożarowego, która korzysta z dotacji. A fabryka nie wie, że uczelnia właśnie zbudowała laboratorium materiałów ognioodpornych.

Czyli wydaliśmy sto miliardów z Unii i nie interesuje nas, jaki jest efekt?

– Interesuje nas jedno: żeby wydać. Na stronie internetowej Ministerstwa Infrastruktury pokazywany jest licznik wydanych pieniędzy. Cyfry dumnie biją. Jeżeli eksperci są proszeni przez władze o zbadanie czegokolwiek, to nie efektów inwestycji, ale tego, jakie istnieją utrudnienia w procedurach. Zdecydowana większość badań odpowiada na pytanie, co zrobić, żeby więcej gmin sięgało po pieniądze. A to akurat wiadomo: wystarczy uprościć.

A im będzie prościej, tym więcej pójdzie na myjnie bezdotykowe.

– Przede wszystkim na chodniki, ulice i beton. Oficjalnie wciąż się mówi, że trzeba osiągać cele wyznaczone w unijnych programach, że innowacje, że kapitał społeczny, ale ostateczna ocena jest taka, czy wydano te pieniądze, czy nie. I region, który wydał więcej na głowę mieszkańca albo na kilometr kwadratowy, jest nagradzany.

W Polsce panuje specyficzne rozumienie polityki spójności jako zdolności do przerobienia wszystkich środków europejskich, taka jest też presja mediów. Cały system jest na to nastawiony. I ma to swoje skutki.

Jakie?

– Naukowo to zjawisko nazywa się „zastępstwem celów”. Pojęcie wprowadził amerykański socjolog Robert Merton. W dużym skrócie chodzi o to, że zamiast realizacji zadań skomplikowanych wolimy zrobić coś prostszego i się nie namęczyć. Ta teoria idealnie pasuje do funduszy unijnych, hasła są bardzo ambitne, ale potem następuje radykalne uproszczenie, zwykle w takim kierunku, żeby można było na końcu coś zbudować.

Dobrym przykładem „zastępstwa celów” jest rewitalizacja. Zgodnie z początkową definicją to miał być złożony proces prowadzący do przywrócenia na jakimś obszarze aktywności ekonomicznej i społecznej, czyli muszą być w tym wszystkim ludzie, musi być większy teren, gdzie na przykład kiedyś działała fabryka, która upadła. To nie może być jeden budynek. Tymczasem wiele projektów rewitalizacyjnych polega na prostym remoncie budynku, ulicy albo przebudowie placu. Widziałem też takie dziwactwa jak rewitalizacja parku.

A co w tym złego?

– Przecież w parku nikt nie mieszka! Jak można zrewitalizować park?! Jeden z urzędników opowiedział mi, że istnieje coś takiego jak rewitalizacja cmentarza. Nie chciałem uwierzyć, więc sprawdziłem. I znalazłem takie projekty. Chcemy aktywizować ludzi na cmentarzu?!

Nie powinniśmy remontować zabytkowego cmentarza?

– Remontujmy! Ale nie za unijne pieniądze! Polska po to je dostaje, żeby doganiać Zachód, a nie żeby się sztafirować.

W unijnych programach stworzono szufladki z ważnymi celami, które wymagają dużo pracy, a robimy coś prostszego. Można to też nazwać oswajaniem polityki spójności – zamiast rewitalizacji robimy remoncik.

Od dziewięciu lat na Uniwersytecie Warszawskim prowadzimy akademię rozwoju regionalnego, przyjeżdżają urzędnicy zajmujący się środkami unijnymi z całego kraju, są coraz bardziej sprawni, część z nich to fachowcy najlepsi w Europie. Wiedzą, że wiele rzeczy należałoby robić inaczej. Tylko że od nich wymaga się, aby rozdali sto procent środków. Głównym kryterium oceny kadry urzędniczej jest sprawne wydawanie unijnych pieniędzy, co daje ewidentną preferencję tym, którzy unikają złożonych projektów. Beneficjenci realizują projekty łatwiejsze, a zarządzający środkami nie przeciwdziałają temu zbyt natarczywie, bo wiedzą, że taki układ gwarantuje skuteczne wydatkowanie pieniędzy, co pozostaje w zgodzie z oczekiwaniami społeczeństwa, mediów i instytucji unijnych.

Czyli wszyscy trochę udajemy.

– Politycy, urzędnicy i obywatele. Niemcy wyłożyli dla nas kasę, no to ją weźmy, tylko głupi by nie brał. Należy się nam za wojnę. Ale już na co wydajemy, czy to ma ręce i nogi – to się zobaczy. Coś zbudujemy, polityk przetnie wstęgę przed wyborami, ksiądz pokropi, kamera pokaże, obywatel ma nowy chodnik i też czuje, że mu skapnęło.

Co teraz?

– Trzecia perspektywa. Do 2020 roku razem mamy do wydania około 300 mld zł.

Wydamy mądrzej?

– Tu mam nowe unijne rozporządzenia – grubą zieloną książkę – z dużo ostrzejszymi kryteriami. Każą nam uzasadniać, że wydatek ma sens, ustalono 11 celów, które dzięki unijnym środkom mamy osiągnąć. Jednym z głównych jest wspieranie przedsiębiorczości. Pojawia się też wymóg, żeby mniej wydawać na infrastrukturę, poniżej 50 procent, chociaż wolałbym, żeby to było 30 procent, jak w Irlandii. Nasi urzędnicy po powrocie z Brukseli opowiadali, że pierwszy raz spotkali się z taką arogancją. Do tej pory było mruganie okiem. „Innowacje? Taaa… innowacje”. „Kultura? No tak, kultura”. „Turystyka? Oczywiście, turystyka”. Kończyło się na budowaniu jak nie nowej drogi, to filharmonii. „Teraz nie było żadnych negocjacji, był szantaż” – powiedział mi jeden z urzędników. I – paradoksalnie – to jest szansa. Gdyby udało się wprowadzić w życie te surowe zasady, byłaby to dla Polski znakomita wiadomość.

Ale boję się, że pewnego dnia przedstawiciele Komisji Europejskiej zauważą, że pieniądze nie schodzą tak szybko jak dotąd, i odpuszczą. Im też zależy, żeby wydać cały budżet.

Może alternatywa jest taka, że albo pojawia się facet z myjnią, albo nie pojawia się nikt.

– Możliwe.

Nawet jeśli część jest wydawana bez sensu, to jednak pieniądze zostają w Polsce. Gospodarka się kręci. To się per saldo opłaca.

– A wie pan, ile wynosi nasz wkład? Przy nietrafionych inwestycjach 30 procent polskich pieniędzy wyrzuca się w błoto. Dobry pomysł?

Gdybyśmy tę zieloną książkę potraktowali poważnie, to jaki procent środków unijnych przejdzie nam koło nosa?

– Nie wiem. Być może zdołamy wydać tylko 60 procent, może więcej. Powinniśmy zaostrzyć zasady i jednocześnie dać więcej swobody urzędnikom rozdzielającym unijne środki. Żeby mogli popełniać błędy.

Błędy?

– Polski urzędnik nie może popełnić żadnego błędu, prawo administracyjne tego nie przewiduje. Myślą więc nie o tym, żeby osiągnąć ambitne cele, tylko o tym, żeby nie mieć kłopotów. Jak pojawia się skomplikowany problem, powołuje się komitety integracyjne albo koordynacyjne, 150 osób gada po to, żeby rozejść się bez efektu. Tymczasem inwestowanie unijnych pieniędzy wymaga ryzyka. Bo innowacje ze swej natury są ryzykowne, nowe pomysły często wydają się na początku dziwaczne, wymagają współdziałania kilku podmiotów. Trzeba zaufać. No i może się nie udać. Myjnia jest prosta. Wiadomo, do czego służy i że „się przyda”.

Czy nad Polską wisi szklany sufit?

– Już w niego uderzamy. Możemy pozostać krajem, który osiąga średnie dochody, jest poza rdzeniem europejskim, w zasadzie niewiele od niego zależy. Jako mniej innowacyjny dostosowuje się do warunków na europejskim rynku i skręca cudze śrubki.

Ktoś musi skręcać śrubki. Może to nasza nisza?

– Trudno powiedzieć, żeby to była nisza. Nisza powinna być w miarę bezpieczna, a takie funkcjonowanie jest skazywaniem się na ciągłą niepewność. Jeśli Niemcom się pogorszy, u nas natychmiast pogorszy się pięć razy bardziej. To uzależnienie.

Odtrąbiono sukces 25-lecia i on rzeczywiście jest spory, nie chodzi o to, żeby wszystko kwestionować. Ale wyniki wyglądają tak różowo, bo są podawane według tzw. parytetu siły nabywczej, który uwzględnia, ile w danym kraju kosztuje chleb, mleko, prąd. W Polsce jest taniej niż w Niemczech, więc jeśli to uwzględnić, jesteśmy od nich tylko dwa razy biedniejsi. Nasz PKB na głowę mieszkańca według parytetu siły nabywczej wynosi 16 tysięcy euro, a niemiecki – 32 tysiące. Tymczasem według kursu wymiany waluty nasz wynik to zaledwie 9 tysięcy euro. Czyli dystans jest tak naprawdę ponadtrzykrotny.

Nie rozwijamy się?

– Rozwijamy. Po akcesji dochody w Polsce na głowę mieszkańca wzrosły o połowę. Dobry wynik. Kłopot polega na tym, że Polska goni peleton, który ucieka. Po dekadzie w Unii wciąż jesteśmy jednym z czterech najbiedniejszych krajów Europy.

Pod względem wielkości gospodarki w światowych rankingach znajdujemy się w okolicach 20. miejsca, ale jeśli chodzi o otwartość, innowacyjność, konkurencyjność, to tkwimy w okolicach miejsca 40. – obok Mołdawii i Rosji. Nasza gospodarka jest duża, ale nienowoczesna. Nie zmienią tego proste chodniki.

Kategoria: Prace radnego

Twój adres e-mail nie będzie publikowany. * oznacza pola, które trzeba wypełnić obowiązkowo

*

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.